teraz drugi M coś napisze ;)
czwartek, 28 maja 2009
sobota, 9 maja 2009
Pracujemy, pracujemy...
Splot dziwnych okoliczności sprawił, że nie było za bardzo czego pokazywać na blogu w ciągu ostatniego miesiąca (w końcu ile można pokazywać pucowane śrubki i wyczyszczone, wymienione uszczelki... ).
Nie mniej wyszliśmy już ze szlifierni i zabraliśmy się za prace nadwoziowe. Jutro pokażę pełniejszy update przeprowadzonych działań - dziś tylko szybko:
1. nowa zabawka w garażu (10 atmosfer, 300l / minutę)

2. hamulce zrobione, tarcze dotarły, gotowe do założenia na auto:

3. skrzynia biegów złożona, blachy ułożone, zabieramy się za układ hamulcowy

4. sprzęgło jest, piasty złożone:

i na razie tyle ;). Dość powiedzieć, że mamy już praktycznie wszystkie części potrzebne do złożenia tego monstera, więc zostało tylko pracować, pracować...
Jaja wyszły z pedałami - a jakże. Nie pasują za nic. Dobrze, że nowa spawarka zamieszkała w tym tygodniu w warsztacie obok kompresora - trzeba kompletnie przebudować mocowanie pedałów, bo... delikatnie powiem, że nasze nie pasuje :(
W poniedziałek podejście pierwsze do złożenia silnika od zera... Trzymajcie kciuki, bo po dwóch miesiącach już kompletnie nie pamiętamy które śrubki były od czego...
Nie mniej wyszliśmy już ze szlifierni i zabraliśmy się za prace nadwoziowe. Jutro pokażę pełniejszy update przeprowadzonych działań - dziś tylko szybko:
1. nowa zabawka w garażu (10 atmosfer, 300l / minutę)
2. hamulce zrobione, tarcze dotarły, gotowe do założenia na auto:
3. skrzynia biegów złożona, blachy ułożone, zabieramy się za układ hamulcowy
4. sprzęgło jest, piasty złożone:
i na razie tyle ;). Dość powiedzieć, że mamy już praktycznie wszystkie części potrzebne do złożenia tego monstera, więc zostało tylko pracować, pracować...
Jaja wyszły z pedałami - a jakże. Nie pasują za nic. Dobrze, że nowa spawarka zamieszkała w tym tygodniu w warsztacie obok kompresora - trzeba kompletnie przebudować mocowanie pedałów, bo... delikatnie powiem, że nasze nie pasuje :(
W poniedziałek podejście pierwsze do złożenia silnika od zera... Trzymajcie kciuki, bo po dwóch miesiącach już kompletnie nie pamiętamy które śrubki były od czego...
środa, 25 marca 2009
Wisiena, zróbmy coś…
No właśnie. Prawie dwa tygodnie temu cieszyliśmy się jak małe dzieci z ramy, którą osobiście przywieźliśmy z Poznania: „teraz to już z górki pójdzie…” – tak sobie tłumaczyliśmy. Niestety, wychodzi na to, że rama stanowi na razie ten element, który przeszkadza we wszystkim, co robimy. Ale od początku…
Przygotowaliśmy sobie garaż do pracy. Generalne sprzątanie pozwoliło odzyskać kilkanaście metrów kwadratowych powierzchni zastawionej przez ostatnich 20 lat przedmiotami koniecznie-potrzebnymi z gatunku niezbędnych. Zakupiliśmy zestaw profesjonalnego oświetlenia wiszącego w obudowie rastrowej i przystąpiliśmy do dalszych prac…

Wisiena stwierdził, że dobrze by było, aby wszystkie metalowe elementy przeniesienia napędu były nie tylko czyste, ale i… błyszczące. Nawet nie wiecie ile frajdy daje oczyszczenie 20 letniego przegubu w taki sposób, by się błyszczał. W ten sam nikczemny sposób potraktowaliśmy półosie i elementy piast:


W zasadzie od tygodnia siedzimy już non stop po kilka godzin dziennie, więc można powiedzieć, że prace ruszyły na dobre. Jutro (po wielu dniach odwlekań i tłumaczeń) jedziemy w końcu odebrać to, co zostało z naszego przygodowego silnika. Trzymajcie kciuki, żeby nie okazało się, że musimy kupić jeszcze jeden. Razem z silnikiem na gotowo będziemy mieli piasty, zaciski (trzeba jeszcze oddać do złożenia) i dyfer.
Na koniec skrzynia biegów, którą własnoręcznie odskrobałem z centymetrowej warstwy błota i smaru. Zadziwiające ile można zrobić mając do dyspozycji trzy szczotki, wolną niedzielę i 5 litrów benzyny ekstrakcyjnej… Jakby ktoś się pytał, to ford umieścił logo firmy w 7 przedziwnych miejscach na tym kawałku urządzenia. Jeśli okaże się, że ta skrzynia ma jakiś feler (np. wyje albo któryś z synchronizatorów nie działa), to pojadę do człowieka, który mi ją sprzedał i go zatłukę własnymi rękami…

A tak wyglądało to wcześniej.
Przygotowaliśmy sobie garaż do pracy. Generalne sprzątanie pozwoliło odzyskać kilkanaście metrów kwadratowych powierzchni zastawionej przez ostatnich 20 lat przedmiotami koniecznie-potrzebnymi z gatunku niezbędnych. Zakupiliśmy zestaw profesjonalnego oświetlenia wiszącego w obudowie rastrowej i przystąpiliśmy do dalszych prac…
Wisiena stwierdził, że dobrze by było, aby wszystkie metalowe elementy przeniesienia napędu były nie tylko czyste, ale i… błyszczące. Nawet nie wiecie ile frajdy daje oczyszczenie 20 letniego przegubu w taki sposób, by się błyszczał. W ten sam nikczemny sposób potraktowaliśmy półosie i elementy piast:
W zasadzie od tygodnia siedzimy już non stop po kilka godzin dziennie, więc można powiedzieć, że prace ruszyły na dobre. Jutro (po wielu dniach odwlekań i tłumaczeń) jedziemy w końcu odebrać to, co zostało z naszego przygodowego silnika. Trzymajcie kciuki, żeby nie okazało się, że musimy kupić jeszcze jeden. Razem z silnikiem na gotowo będziemy mieli piasty, zaciski (trzeba jeszcze oddać do złożenia) i dyfer.
Na koniec skrzynia biegów, którą własnoręcznie odskrobałem z centymetrowej warstwy błota i smaru. Zadziwiające ile można zrobić mając do dyspozycji trzy szczotki, wolną niedzielę i 5 litrów benzyny ekstrakcyjnej… Jakby ktoś się pytał, to ford umieścił logo firmy w 7 przedziwnych miejscach na tym kawałku urządzenia. Jeśli okaże się, że ta skrzynia ma jakiś feler (np. wyje albo któryś z synchronizatorów nie działa), to pojadę do człowieka, który mi ją sprzedał i go zatłukę własnymi rękami…
A tak wyglądało to wcześniej.
sobota, 14 marca 2009
Trzymajmy się ramy…
Z samego rana odwiedziliśmy p. Cielucha w Poznaniu i odebraliśmy ramę. Przyczepa o długości 2,70m okazała się idealna do przewozu trzymetrowej ramy odwróconej „do góry kołami”. Przy okazji warto wspomnieć, że opłata dla auta dmc 3,5T z przyczepą, na autostradzie A2 to już nie 11,oo, tylko blisko 3x tyle na każdych „bramkach”) :(.
Zapakowaliśmy ramę, odebraliśmy dokumentację i ruszyliśmy w drogę powrotną. Wisiena zaczął składać naszego KitCara jeszcze w samochodzie – odnalazł w nim elementy typowo włoskie (fiatowski kurek wlewu paliwa – z kluczykiem(!), filtr oparów oraz pływak – wszystko to Ricambi Originali).
Razem z ramą całą masę kartonów pełnych drobiazgów przetransportowaliśmy wszystko z Bogucina k. Poznania, do oddalonego o blisko 320 km garażu pod tą dużą miejscowością w centrum Polski, której tak nikt w kraju nie lubi (rejestracje tutaj zaczynają się na W, ale są już trzyliterowe). Oczywiście po przybyciu do warsztatu wszystko zostało skrupulatnie przymierzone i policzone. Szykuje się sporo pracy, zwłaszcza z dopasowaniem elementów blaszanych. Ale – nikt nie mówił, że ma być łatwo! Wprawdzie brakuje jeszcze kilku elementów mocujących, ale możemy śmiało rozpocząć już podstawowe prace montażowe.
Dzień zakończył się potwornym zmęczeniem spowodowanym przejechaniu kilkuset kilometrów i kilkoma godzinami prac koncepcyjnych („Wisiena, a do czego to będzie?”). W dniu dzisiejszym nasz stan posiadania powiększył się o:
- ramę (konstrukcja zamknięta, spawana wg wzoru, zabezpieczona, pomalowana jak na zdjęciu)
- zawieszenie (wielowahaczowe zawieszenie niezależne z przodu i z tyłu, przygotowane amortyzatory)
- układ kierowniczy (nowiutka przekładnia 2,4 obrotu!)
- większość elementów układu hamulcowego
- skrócony wał napędowy
- układ paliwowy
- elementy wykończeniowe wnętrza (blachy, osłony, obudowy)
Czas przypomnieć się w zakładzie, który już drugi miesiąc maluje blok naszego silnika, złożyć hamulce i zakupić felgi, bo ta rama strasznie smutno wygląda tak rzucona na podłogę garażu…
Zaczynamy składać.
All that’s left is everything ;)
I na koniec nie wyrobiłem się z oddaniem przyczepy, więc muszę zapłacić za dwie dodatkowe doby za to, że przyczepa blokuje mi miejsce parkingowe pod domem – pozdrawiamy nieczynną w niedzielę wypożyczalnię przy ul. Szyszkowej…
//edit: tak mi się właśnie zauważyło, że dziś minęły 2 miesiące od pierwszego wpisu na tym blogu. Czyli po 2 miesiącach od wypowiedzenia sakramentalnego "tak", skompletowaliśmy praktycznie wszystko, co nam potrzebne aby móc to auto odpalić i się nim przejechać (no prawie, bo do tego potrzebowalibyśmy jeszcze kierownicy, a ciągle nie możemy się zdecydować na konkretny model).
czwartek, 26 lutego 2009
Kilka zarwanych nocy
ECU
Dokładnie cztery zarwane noce, poświęcone na zmontowanie i uruchomienie sterownika silnika (Engine Control Unit - ECU) MegaSquirt II.
Zabawka dotarła do nas jako zestaw do samodzielnego montażu i od razu przypomniała traumatyczne przeżycia z młodości. Chyba każdy kto kiedykolwiek budował jakieś urządzenie z zestawów do samodzielnego montażu, pamięta jak stresująca jest myśl:
zadziała, nie zadziała...
Są tacy szczęściarze, którym zawsze działa, tacy którym nigdy i tacy którzy jakoś tam metodami prób i błędów, dochodzą do satysfakcjonującego zakończenia. Ja należę do tych ostatnich, choć pewnie kiedyś się poddałem i niedziałający zestaw zalega gdzieś w piwnicy u rodziców.
Tym razem się udało!
Najnowsza wersja ECU MegaSquirt II daje się zaprogramować, komunikuje się z oprogramowaniem tuningowym MegaTune i wszystkimi czujnikami, które do tej pory opanowaliśmy. Powstał również symulator silnika do celów uruchomieniowych. To ta brzydka zielona płytka z pokrętłami, podłączona do pięknej niebieskiej płytki ECU. Symulator generuje obroty silnika, pozycję przepustnicy, stan wszystkich czujników, sygnalizuje otwarcie wtryskiwaczy, zapłon itp. Jesteśmy w stanie regulować praktycznie wszystkie parametry pracy silnika oraz pisać mapy wtrysku.

Oczywiście do zakończenia budowy samego ECU jeszcze daleko, ale widok wychylających się wskazówek i poruszających słupków na ekranie, wart jest wszystkich nieprzespanych godzin.

Musimy jeszcze wymyślić w jaki sposób będzie rozdzielany zapłon w naszym silniku i wtedy na niebieskiej płytce pojawią się kolejne elementy...
Hmmm... a gdzie silnik?
No właśnie!
Prace nad oczyszczeniem i pomalowaniem elementów silnika bardzo się przedłużają. Pisaliśmy już wcześniej, że robi to artysta. Pan Piotr (tak, teraz już pamiętam imię) bardzo się do pracy przykłada. Elementy są wielokrotnie piaskowane i sezonowane w międzyczasie. Proces taki musi trwać. Jesteśmy jednak pełni nadziei, że efekt nas powali.
Koło zamachowe
Jest już lekkie. Dokładnie lżejsze o 30% niż oryginał. Marecki je gdzieś wysłał i wróciło już takie po diecie. Plan jest taki, aby silnik bardzo dynamicznie wchodził na obroty jak silniki motocyklowe a dokładniej te w ścigaczach.
Dokładnie cztery zarwane noce, poświęcone na zmontowanie i uruchomienie sterownika silnika (Engine Control Unit - ECU) MegaSquirt II.
Zabawka dotarła do nas jako zestaw do samodzielnego montażu i od razu przypomniała traumatyczne przeżycia z młodości. Chyba każdy kto kiedykolwiek budował jakieś urządzenie z zestawów do samodzielnego montażu, pamięta jak stresująca jest myśl:
zadziała, nie zadziała...
Są tacy szczęściarze, którym zawsze działa, tacy którym nigdy i tacy którzy jakoś tam metodami prób i błędów, dochodzą do satysfakcjonującego zakończenia. Ja należę do tych ostatnich, choć pewnie kiedyś się poddałem i niedziałający zestaw zalega gdzieś w piwnicy u rodziców.
Tym razem się udało!
Najnowsza wersja ECU MegaSquirt II daje się zaprogramować, komunikuje się z oprogramowaniem tuningowym MegaTune i wszystkimi czujnikami, które do tej pory opanowaliśmy. Powstał również symulator silnika do celów uruchomieniowych. To ta brzydka zielona płytka z pokrętłami, podłączona do pięknej niebieskiej płytki ECU. Symulator generuje obroty silnika, pozycję przepustnicy, stan wszystkich czujników, sygnalizuje otwarcie wtryskiwaczy, zapłon itp. Jesteśmy w stanie regulować praktycznie wszystkie parametry pracy silnika oraz pisać mapy wtrysku.
Oczywiście do zakończenia budowy samego ECU jeszcze daleko, ale widok wychylających się wskazówek i poruszających słupków na ekranie, wart jest wszystkich nieprzespanych godzin.
Musimy jeszcze wymyślić w jaki sposób będzie rozdzielany zapłon w naszym silniku i wtedy na niebieskiej płytce pojawią się kolejne elementy...
Hmmm... a gdzie silnik?
No właśnie!
Prace nad oczyszczeniem i pomalowaniem elementów silnika bardzo się przedłużają. Pisaliśmy już wcześniej, że robi to artysta. Pan Piotr (tak, teraz już pamiętam imię) bardzo się do pracy przykłada. Elementy są wielokrotnie piaskowane i sezonowane w międzyczasie. Proces taki musi trwać. Jesteśmy jednak pełni nadziei, że efekt nas powali.
Koło zamachowe
Jest już lekkie. Dokładnie lżejsze o 30% niż oryginał. Marecki je gdzieś wysłał i wróciło już takie po diecie. Plan jest taki, aby silnik bardzo dynamicznie wchodził na obroty jak silniki motocyklowe a dokładniej te w ścigaczach.
sobota, 21 lutego 2009
pracujemy, pracujemy...
...bo ktoś nam ostatnio zarzucił, że nic nie robimy ;). Odwiedziłem ostatnio (środa) zakład produkcyjny pod Poznaniem - nasza rama wchodzi do produkcji w poniedziałek. Wstępnie umówieni jesteśmy na odbiór "gratów" pod koniec przyszłego tygodnia (czyli z końcem lutego). Jutro wieczorem odbierzemy pomalowany silnik i zaczniemy go powoli składać. Dziś Wisiena odebrał z cła komputer:

Stay tuned...
Stay tuned...
środa, 11 lutego 2009
Prace rozproszone...
W ostatnich dniach prowadzimy wiele działań na wielu "frontach":
Remont silnika
Udało się rozmontować silnik tak aby wyjąć wał, tłoki z korbowodami itd. Sporo się przy tym nauczyliśmy i nie bez znaczenia jest fakt, że obaj robimy to pierwszy raz w życiu na taką skalę. Po dokładnych oględzinach połączonych z częstym:
[...] łał ...,
.. zobacz misiu jakie to fajne ...,
.. a po co to tu jest? [...]
poskładaliśmy całą obudowę i przygotowaliśmy do piaskowania.
Pan od piaskowania
Nie mogę sobie przypomnieć imienia tego Pana. Jest on po prostu zjawiskowy.
Mieszka i pracuje w miejscu dość odludnym, dokoła kilka domów i sporo leśnej roślinności zwanej potocznie drzewami.
Dojeżdżając na miejsce, witają nas porozstawiane wkoło stare auta, począwszy od trabantów, maluchów, przez chyba wszystkie modele skody (jeszcze bez niemieckiego rodowodu), na starej straży pożarnej skończywszy. Potem brama i ogromne psisko, za bramą jeszcze więcej aut choć te już bardziej przypominają części. Gdzieniegdzie poprzykrywane plandekami obiekty które wydają się znajome, człowiek czuje, że gdzieś już to widział... może w telewizji... może w gazecie.
Pojawia się postać ubrana w robocze ciuchy, płaszcz, okulary na nosie. Cały jest w piachu, przeciera szkła i z rozbrajającym uśmiechem wita nas stwierdzeniem:
"...właśnie coś piaskowałem..."
i płynnie przechodzi do opowieści o technologii jakiej właśnie używa i problemach jakie sprawia mu aura. Dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy aż w końcu pada pytanie:
"...w czym mogę pomóc ?"
Przedstawiamy się i opowiadamy co i jak chcemy zrobić. Już po kilku minutach rozmowy zdajemy sobie sprawę, że nasza wiedza na tym polu jest naprawdę uboga a wachlarz możliwości powala.
Takich wizyt odbyliśmy już kilka i z każdym razem jesteśmy pod wrażeniem ogromu wiedzy i doświadczenia tego Pana.
Za tysiąc słów niech posłuży przykład odnowionego bloku silnika samochodu Skoda.

W tej chwili znajdują się tam nasze zaciski hamulcowe i silnik, które piaskuje i maluje. Choć zamiast słowa "piaskuje" powinienem napisać "satynuje".
Poszukiwania części
Kiedy tylko możemy, odwiedzamy te okoliczne i te dalsze szroty forda w poszukiwaniu brakujących części jak kolumna kierownicza czy mechanizm hamulca ręcznego. Zwykle pracownicy, lub nawet właściciele takich "przedsiębiorstw" okazują się być indywidualnościami jakich mało w naszym szarym społeczeństwie. Czasem próbują sprzedać nam część od innego modelu twierdząc, że tego właśnie potrzebujemy, czasem wręcz przeciwnie, próbują dowiedzieć się jak najwięcej, doradzają. Potrafią też się obrazić za to, że nie chcemy kupić tego co mają tylko to czego potrzebujemy. Często też trudno im zrozumieć, że szukamy części do nowego projektu a nie naprawiamy forda i roczniki czy typy nie są zawsze najważniejsze.
Interfejs do kręcenia zwany kierownicą
Jakiś czas temu Marek znalazł kierownice, która spodobała się nam obu i zadecydowaliśmy, że takiej właśnie użyjemy.

MOMO Team 300, bo tak się nazywa jest małą, zgrabną, trzydziestocentymetrową kierownicą sportową. Kolejnym pomysłem jaki przyszedł nam do głowy było zastosowanie zamka umożliwiającego odłączenie kierownicy tak jak w bolidach F1. Niestety zastosowanie naby pasującej do fordowskiego układu kierowniczego a następnie naby odłączanej, powoduje że kierownica jest zbyt odsadzona od manetek kierunkowskazów i świateł. Tutaj rozpoczęły się skomplikowane procesy myślowe i Marek wpadł na świetny pomysł.
"...zastosujmy środek z kierownicy od sierry!"
Zakupiliśmy taką kierownicę na aukcji internetowej i po wizycie w kolejnym szrocie, nabyliśmy to:

Teraz tylko kilkanaście minut z brzeszczotem i tokarką aby wyekstrahować środek kierownicy:



W ten sposób uzyskaliśmy "interfejs" umożliwiający połączenie naby odłączanej ze sztycą kierownicy forda sierra. Kilkanaście minut później taką właśnie odłączaną nabę pozyskaliśmy drogą kupna w zaprzyjaźnionym warsztato-sklepie tuningowym.

Dziś dalszy ciąg prac nad połączeniem tych dwóch elementów w działającą całość...
Części do silnika
Nie można pominąć wątku poszukiwań części zamiennych do rozebranego silnika. Potrzebujemy całe mnóstwo uszczelek, pompę wody, pasek i rolki rozrządu, pierścienie tłoków. Zamierzamy też wymienić popychacze zaworów i panewki wału oraz korbowodów. Poszukiwania tych elementów zakrojone są na bardzo szeroką skalę, bo okazuje się że rozpiętość cen tych samych elementów jest ogromna i warto wybrać najlepsze oferty.
Remont silnika
Udało się rozmontować silnik tak aby wyjąć wał, tłoki z korbowodami itd. Sporo się przy tym nauczyliśmy i nie bez znaczenia jest fakt, że obaj robimy to pierwszy raz w życiu na taką skalę. Po dokładnych oględzinach połączonych z częstym:
[...] łał ...,
.. zobacz misiu jakie to fajne ...,
.. a po co to tu jest? [...]
poskładaliśmy całą obudowę i przygotowaliśmy do piaskowania.
Pan od piaskowania
Nie mogę sobie przypomnieć imienia tego Pana. Jest on po prostu zjawiskowy.
Mieszka i pracuje w miejscu dość odludnym, dokoła kilka domów i sporo leśnej roślinności zwanej potocznie drzewami.
Dojeżdżając na miejsce, witają nas porozstawiane wkoło stare auta, począwszy od trabantów, maluchów, przez chyba wszystkie modele skody (jeszcze bez niemieckiego rodowodu), na starej straży pożarnej skończywszy. Potem brama i ogromne psisko, za bramą jeszcze więcej aut choć te już bardziej przypominają części. Gdzieniegdzie poprzykrywane plandekami obiekty które wydają się znajome, człowiek czuje, że gdzieś już to widział... może w telewizji... może w gazecie.
Pojawia się postać ubrana w robocze ciuchy, płaszcz, okulary na nosie. Cały jest w piachu, przeciera szkła i z rozbrajającym uśmiechem wita nas stwierdzeniem:
"...właśnie coś piaskowałem..."
i płynnie przechodzi do opowieści o technologii jakiej właśnie używa i problemach jakie sprawia mu aura. Dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy aż w końcu pada pytanie:
"...w czym mogę pomóc ?"
Przedstawiamy się i opowiadamy co i jak chcemy zrobić. Już po kilku minutach rozmowy zdajemy sobie sprawę, że nasza wiedza na tym polu jest naprawdę uboga a wachlarz możliwości powala.
Takich wizyt odbyliśmy już kilka i z każdym razem jesteśmy pod wrażeniem ogromu wiedzy i doświadczenia tego Pana.
Za tysiąc słów niech posłuży przykład odnowionego bloku silnika samochodu Skoda.
W tej chwili znajdują się tam nasze zaciski hamulcowe i silnik, które piaskuje i maluje. Choć zamiast słowa "piaskuje" powinienem napisać "satynuje".
Poszukiwania części
Kiedy tylko możemy, odwiedzamy te okoliczne i te dalsze szroty forda w poszukiwaniu brakujących części jak kolumna kierownicza czy mechanizm hamulca ręcznego. Zwykle pracownicy, lub nawet właściciele takich "przedsiębiorstw" okazują się być indywidualnościami jakich mało w naszym szarym społeczeństwie. Czasem próbują sprzedać nam część od innego modelu twierdząc, że tego właśnie potrzebujemy, czasem wręcz przeciwnie, próbują dowiedzieć się jak najwięcej, doradzają. Potrafią też się obrazić za to, że nie chcemy kupić tego co mają tylko to czego potrzebujemy. Często też trudno im zrozumieć, że szukamy części do nowego projektu a nie naprawiamy forda i roczniki czy typy nie są zawsze najważniejsze.
Interfejs do kręcenia zwany kierownicą
Jakiś czas temu Marek znalazł kierownice, która spodobała się nam obu i zadecydowaliśmy, że takiej właśnie użyjemy.
MOMO Team 300, bo tak się nazywa jest małą, zgrabną, trzydziestocentymetrową kierownicą sportową. Kolejnym pomysłem jaki przyszedł nam do głowy było zastosowanie zamka umożliwiającego odłączenie kierownicy tak jak w bolidach F1. Niestety zastosowanie naby pasującej do fordowskiego układu kierowniczego a następnie naby odłączanej, powoduje że kierownica jest zbyt odsadzona od manetek kierunkowskazów i świateł. Tutaj rozpoczęły się skomplikowane procesy myślowe i Marek wpadł na świetny pomysł.
"...zastosujmy środek z kierownicy od sierry!"
Zakupiliśmy taką kierownicę na aukcji internetowej i po wizycie w kolejnym szrocie, nabyliśmy to:
Teraz tylko kilkanaście minut z brzeszczotem i tokarką aby wyekstrahować środek kierownicy:
W ten sposób uzyskaliśmy "interfejs" umożliwiający połączenie naby odłączanej ze sztycą kierownicy forda sierra. Kilkanaście minut później taką właśnie odłączaną nabę pozyskaliśmy drogą kupna w zaprzyjaźnionym warsztato-sklepie tuningowym.
Dziś dalszy ciąg prac nad połączeniem tych dwóch elementów w działającą całość...
Części do silnika
Nie można pominąć wątku poszukiwań części zamiennych do rozebranego silnika. Potrzebujemy całe mnóstwo uszczelek, pompę wody, pasek i rolki rozrządu, pierścienie tłoków. Zamierzamy też wymienić popychacze zaworów i panewki wału oraz korbowodów. Poszukiwania tych elementów zakrojone są na bardzo szeroką skalę, bo okazuje się że rozpiętość cen tych samych elementów jest ogromna i warto wybrać najlepsze oferty.
czwartek, 5 lutego 2009
Silnik już w częściach...
Szybki poranny update prowadzonych prac:
Zaciski hamulcowe są już rozebrane na części. Korpusy są już wypiaskowane i w tej chwili idą do malowania. Celowo nie prezentuję zdjęć, bo chcę pokazać gotowy efekt przed i po. Już dziś wyglądają jak nowe… Po pomalowaniu i założeniu nowych tłoczków/gumek – będą wyglądały lepiej od nowych ;)
Wczoraj udało nam się rozebrać *cały* silnik, tzn. obraliśmy go z osprzętu, zdjęliśmy rozrząd, głowicę, wykręciliśmy wałki, rozkręciliśmy miskę olejową i… dzień się skończył. Dziś chcemy zakończyć z pustym blokiem silnika – jutro będzie piaskowany i malowany…

ja robiłem fotki, więc naturalnie - nie ma mnie na nich... :)
Zaciski hamulcowe są już rozebrane na części. Korpusy są już wypiaskowane i w tej chwili idą do malowania. Celowo nie prezentuję zdjęć, bo chcę pokazać gotowy efekt przed i po. Już dziś wyglądają jak nowe… Po pomalowaniu i założeniu nowych tłoczków/gumek – będą wyglądały lepiej od nowych ;)
Wczoraj udało nam się rozebrać *cały* silnik, tzn. obraliśmy go z osprzętu, zdjęliśmy rozrząd, głowicę, wykręciliśmy wałki, rozkręciliśmy miskę olejową i… dzień się skończył. Dziś chcemy zakończyć z pustym blokiem silnika – jutro będzie piaskowany i malowany…
ja robiłem fotki, więc naturalnie - nie ma mnie na nich... :)
poniedziałek, 2 lutego 2009
Wisien, co tak przycichłeś, posmutniałeś....
No właśnie!
Wczoraj dzień pracy zaczął się od wyprawy do warsztatu samochodowego kolegi. Zawieźliśmy tam nasz świeżo nabyty silnik.
Plan jest taki:
- pracujemy popołudniami
- rozbieramy silnik na części
- niepotrzebne upłynniamy, resztę remontujemy, czyścimy, bajerancko malujemy itd.
- składamy silnik i uruchamiamy, może już na ramie
Wybraliśmy opcję z warsztatem kolegi, bo warunki do takich prac są tam znacznie lepsze. Poza tym dokoła atmosfera profesjonalizmu, która może nam tylko pomóc.
W drodze powrotnej postanowiliśmy kupić sobie nowy zestaw narzędzi. Pierwszy w kolejności był francuski market budowlany, w którym obsługa była tak nieprzyjemna, że szybciutko wyszliśmy. Natomiast w niemieckim markecie, szybko i profesjonalnie obsłużeni, nabyliśmy to:

Nawet taniej, co spowodowało chęć na kolejne zakupy, środków odrdzewiających, jak ważnego w naszej pracy młotka, twarzowych gogli chroniących oczy (przed podstępną i wszechobecną rdzą) i kilku innych niezbędnych rzeczy.
Z nowymi zabawkami i zapałem do pracy udaliśmy się do naszej warsztatowej kwatery głównej. Tam czekał już na nas, profesjonalnie przygotowany przez mamę Mareckiego, zestaw do odrdzewiania. Środek odrdzewiający, odpowiednie naczynia, gama pędzli, zabezpieczenie podłogi i okolic, itd.
W poprzednim tygodniu znaleźliśmy firmę regenerującą stare hamulce ponieważ nasze tylne zaciski mają zapieczone mechanizmy od ręcznego i do ich regeneracji potrzebne są specjalne narzędzia, których nie znajdziemy nawet we francuskich marketach budowlanych. Niestety taka regeneracja wydaje się bardzo droga w porównaniu z ceną jaką zapłaciliśmy za same zaciski.
Próba sił!
Wisien postanowił spróbować rozebrać mechanizm hamulca ręcznego. Czyszczenie, odrdzewianie, traktowanie środkami penetrującymi i niezbyt imponujące efekty. Udało się wprawdzie, dzięki uporowi i świetnym pomysłom Mareckiego, poruszyć mechanizm w obu zaciskach, ale nie mamy pojęcia jak go rozmontować.
Wisien, co tak przycichłeś, posmutniałeś....
Czyszczenie dwudziestoletnich zacisków hamulcowych, jarzm, tłoczków to naprawdę skomplikowana robota. Z ciężkim sercem podjęliśmy decyzję o oddaniu naszych zabawek w profesjonalne ręce wyposażone w odpowiedni sprzęt. Zapakowaliśmy wszystko pięknie w folię spożywczą aby nie pobrudziło bagażnika i odwieziemy do regeneracji. Wisiena bardzo przeżył tą porażkę i nawet gęba mu się zamknęła na kilka chwil...
Wczoraj dzień pracy zaczął się od wyprawy do warsztatu samochodowego kolegi. Zawieźliśmy tam nasz świeżo nabyty silnik.
Plan jest taki:
- pracujemy popołudniami
- rozbieramy silnik na części
- niepotrzebne upłynniamy, resztę remontujemy, czyścimy, bajerancko malujemy itd.
- składamy silnik i uruchamiamy, może już na ramie
Wybraliśmy opcję z warsztatem kolegi, bo warunki do takich prac są tam znacznie lepsze. Poza tym dokoła atmosfera profesjonalizmu, która może nam tylko pomóc.
W drodze powrotnej postanowiliśmy kupić sobie nowy zestaw narzędzi. Pierwszy w kolejności był francuski market budowlany, w którym obsługa była tak nieprzyjemna, że szybciutko wyszliśmy. Natomiast w niemieckim markecie, szybko i profesjonalnie obsłużeni, nabyliśmy to:
Nawet taniej, co spowodowało chęć na kolejne zakupy, środków odrdzewiających, jak ważnego w naszej pracy młotka, twarzowych gogli chroniących oczy (przed podstępną i wszechobecną rdzą) i kilku innych niezbędnych rzeczy.
Z nowymi zabawkami i zapałem do pracy udaliśmy się do naszej warsztatowej kwatery głównej. Tam czekał już na nas, profesjonalnie przygotowany przez mamę Mareckiego, zestaw do odrdzewiania. Środek odrdzewiający, odpowiednie naczynia, gama pędzli, zabezpieczenie podłogi i okolic, itd.
W poprzednim tygodniu znaleźliśmy firmę regenerującą stare hamulce ponieważ nasze tylne zaciski mają zapieczone mechanizmy od ręcznego i do ich regeneracji potrzebne są specjalne narzędzia, których nie znajdziemy nawet we francuskich marketach budowlanych. Niestety taka regeneracja wydaje się bardzo droga w porównaniu z ceną jaką zapłaciliśmy za same zaciski.
Próba sił!
Wisien postanowił spróbować rozebrać mechanizm hamulca ręcznego. Czyszczenie, odrdzewianie, traktowanie środkami penetrującymi i niezbyt imponujące efekty. Udało się wprawdzie, dzięki uporowi i świetnym pomysłom Mareckiego, poruszyć mechanizm w obu zaciskach, ale nie mamy pojęcia jak go rozmontować.
Wisien, co tak przycichłeś, posmutniałeś....
Czyszczenie dwudziestoletnich zacisków hamulcowych, jarzm, tłoczków to naprawdę skomplikowana robota. Z ciężkim sercem podjęliśmy decyzję o oddaniu naszych zabawek w profesjonalne ręce wyposażone w odpowiedni sprzęt. Zapakowaliśmy wszystko pięknie w folię spożywczą aby nie pobrudziło bagażnika i odwieziemy do regeneracji. Wisiena bardzo przeżył tą porażkę i nawet gęba mu się zamknęła na kilka chwil...
niedziela, 1 lutego 2009
Podsumowanie tygodnia - nowe zabawki
W kilku zdaniach, bo znów pękło 500 km żeby przywieźć kilkaset ton złomu i padam na pysk:
- udało mi się oczyścić pojedynczy zacisk na błysk...i znalazłem firmę, która zrobi za mnie pozostałe 3 w rozsądnych pieniądzach:
- udało mi się oczyścić pojedynczy zacisk na błysk...i znalazłem firmę, która zrobi za mnie pozostałe 3 w rozsądnych pieniądzach:
- mieliśmy rano jechać do Szczekocin po pozostałą część "gratów". Niestety nie udało się tego załatwić z rana, ale korzystając z chwili wolnego czasu staliśmy się posiadaczami względnie niebrzydkiego, dwulitrowego silnika Zetec-E (ponoć z 98 roku). Pierwsza faktura do segregatora... Silnik został na samochodzie - musimy go jutro zrzucić w zaprzyjaźnionym warsztacie w Ożarowie. Serducho kompletne, włącznie z wiązką elektryczną, sprzęgłem, przepustnicą, kolektorem czy wtryskami - oczywiście żadna z wymienionych rzeczy nam się nie przyda. Może ktoś chętny?
Tak wygląda dziś:
A tak chcemy, żeby wyglądał jak z nim skończymy:
(oczywiście nasz będzie dokładniej wyczyszczony ;) ). Plan - zrobić kapitalny remont silnika do walentynek :).
- popołudniem skoczyliśmy do Szczekocin i odebraliśmy kolejną część gratów, czyli: skrzynię Type9, wał napędowy, zaciski, zwrotnice z piastami, maglownicę... Poniżej mokry, choć szczęśliwy Wisiena po wstępnym oczyszczeniu skrzyni z 3-centymetrowej warstwy smaru i błota. Oczywiście full-bezdotyk ;)
Raport z postępów prac nad silnikiem już niebawem...
Przy okazji: moje nowe okno logowania do systemu wygląda teraz tak (żebym pamiętał na co przeznaczam moją pensję przez najbliższe pół roku) :
sobota, 24 stycznia 2009
Pierwsze "graty"
Nie wiem właściwie dlaczego, ale członkowie braci samochodowej, zwani mechanikami nazywają części gratami. Jako, że my usiłujemy do tej braci dołączyć, staramy się mówić ich językiem.
Pojechaliśmy dziś rano po pierwsze graty do Lublina, ale od początku.
Podczas rozpoznawania tematu budowy locosta, wybraliśmy się do warsztatu Pana Walendy, który składa kitcary. Tam dowiedzieliśmy się, bardzo wielu rzeczy na temat budowy i organizacji całego przedsięwzięcia. Pewnie jeszcze wiele razy będziemy przytaczać stwierdzenia z tej wizyty.
"Gdybym znalazł mechanizm różnicowy ze Sierry 4x4, bez wahania zapłaciłbym nawet 1500zł"
To stwierdzenie Pana Walendy, który tłumaczył nam na co zwracać uwagę podczas poszukiwań tylnego mostu. Wzięliśmy sobie to do serca i znaleźliśmy aukcję z piękną czerwoną Sierrą 4x4.

Właściciel bardzo chciał sprzedać auto w całości, ale po skoordynowanej akcji bombardowania go telefonami, zgodził się wykręcić tylną belkę czyli rozebrać auto na części.
Na miejscu okazało się, że nie wiedział co naprawdę miał w garażu, a miał tylny dyferencjał z blokadą, i tak dostaliśmy to cudo za okrągłe 500zł. Czym prędzej załadowaliśmy całość do auta i w drogę... (zanim Pan zmieni zdanie..)
Kupienie całej belki tylnego zawieszenia gwarantuje, że mamy oprócz dyferencjału, odpowiednie półosie, piasty, zaciski, tarcze hamulcowe i co najważniejsze, wszystko jest w takiej konfiguracji w jakiej działało w samochodzie. Wystarczy teraz zapamiętać co, gdzie i jak poskręcane, aby potem odpowiednio całość poskładać.

O co chodzi z tą blokadą?
Dyferencjał w zwykłym Fordzie Sierra, jest tak zwanym układem otwartym co znaczy że jeżeli jedno koło na osi traci przyczepność, przenosi on cały moment obrotowy na to właśnie koło. W jeździe mającej dawać frajdę, nie jest to zjawisko pożądane ponieważ auto ma gorsze osiągi na przykład podczas pokonywania zakrętów. Rozwiązaniem skrajnym jest zablokowanie mechanizmu tak aby oba koła były zawsze napędzane równomiernie. Niestety ma ono też poważne wady bo auto dobrze prowadzi się tylko podczas jazdy na wprost. Nasz dyferencjał ma 30-to procentową blokadę, co znaczy, że tylko ten procent momentu obrotowego jest przenoszony na koło tracące przyczepność. Aby poznać z którą wersją mechanizmu mamy do czynienia, należy podnieść całą oś i zakręcić jednym kołem. Jeżeli drugie koło porusza się w przeciwnym kierunku niż koło napędzane, mamy mechanizm otwarty. Jeżeli jednak kręci się ono w tym samym kierunku, to dyferencjał ma blokadę.
Zaraz po powrocie, usunęliśmy zapieczone na tarczach zaciski hamulcowe aby pokręcić jedną stroną i zobaczyć jak druga kręci się w tym samym kierunku.
Rozkręcanie czas zacząć...
Postanowiliśmy wszystko rozmontować. Cele jakie nam przyświecają są trzy:
- uwolnienie części potrzebnych od niepotrzebnych w celu pozbycia się tych drugich
- wyczyszczenie, nasmarowanie, odmalowanie, odrestaurowanie wszystkich części potrzebnych tak, aby wyglądały lepiej niż nowe
- poznanie dokładnej budowy i zasad działania wszystkich elementów
Zaczęło się od wspomnianego już uwalniania obu osi w celu "pokręcenia sobie". Chęć zobaczenia na własne oczy, że dyferencjał ma blokadę stała się absolutnym priorytetem.

Zdjęliśmy więc pospiesznie zapieczone zaciski hamulcowe i śpiewając pod nosem różnego rodzaju radosne piosenki, kręciliśmy to osiami kół, to osią napędową wału korbowego.
[...] zobacz jak to sie fajnie kręci ...,
.. tu chyba jest jakiś luz ...,
.. hmmm ale taki mały luz jest chyba potrzebny [...]
Brzmiały komentarze przerywające radosne podśpiewywanie.
.. Marek, masz diaksa?
Właściwie bez chwili zawahania zaczęliśmy rozkręcić wszystko, tak aby uwolnić dyferencjał i półosie. Wykręcanie przewodów hamulcowych skutecznie utrudniały sztywne i grube linki hamulca ręcznego. Kilka prób z wykręcaniem, wypinaniem, wymontowywaniem sprężyn i pytanie:
"Marek, masz diaksa?"

W końcu i tak linki ręcznego będą nowe.
Kolejne wielkie śruby odkręcane jedna po drugiej a momentami nawet kilka jednocześnie. Cała belka zawieszenia okazała się być niemiłosiernie ciężka lecz przekładając ją kilkanaście razy z boku na bok, za każdym razem stwierdzaliśmy, że chyba staje się coraz lżejsza. Zdjęliśmy tarcze hamulcowe, które okazały się być w całkiem dobrym stanie i najprawdopodobniej zostaną przetoczone.
Niebieska śruba, Marek ma plan.
W celu uwolnienia dyferencjału należało rozkręcić praktycznie całe zawieszenie, wahacze, bardzo długie szpilki mocujące go do głównej belki itp... Marek wszystko dokładnie przemyślał i przedstawił plan. Wisien, odkręcamy tu, tam luzujemy bo ta śruba zawadza o to i wyciągamy wszystko razem. Ciężka robota z ogromnymi zapieczonymi i zardzewiałymi śrubami. Wykonywaliśmy ją w ciszy i skupieniu, posapując czasem radośnie "puściła", "no poszło"...
Konstruktorzy Forda zadbali o to by zawieszenie nie rozkręcało się samoistnie i każda wielka śruba zabezpieczona była niebieskim środkiem zapobiegającym odkręcaniu.
Chcę mieć z nią zdjęcie...

Wybijanie szpilek mocujących dyferencjał szło opornie. Próbowaliśmy wielu metod dorabiając przy tym kilka ciekawych narzędzi z gwoździ, śrub i kilku innych, znalezionych w garażu skarbów. Naprawiliśmy przy okazji zsuwający się z trzonka młotek i kiedy Marek pojawił się z wyglądającym na dziwny rodzaj młotka, bliżej niezidentyfikowanym czymś, ostatnia szpilka się poddała.
Półosie przykręcane są na sześć śrub z każdej strony. Odkręcają się nawet łatwo, pod warunkiem że nie mają zniszczonych łbów albo nie łamią się w nich klucze. Radości jaką dało nam odkręcenie pierwszej nie umiem opisać...

Nie widziałem jeszcze dyfra od środka.
Półosie odkręcone, wahacze wykręcone, dyfer wolny!
Tak bardzo cieszymy się z faktu iż udało się zdobyć mechanizm z blokadą, że każdy z nas na przemian przerywał pracę, podchodził do niego i pokręcał radośnie osią patrząc jak druga kręci się w tym samym kierunku.

Na pewno to oryginał. Długo nie wytrzymałem, Marek odkręcał półosie od piast, a ja postanowiłem otworzyć pokrywę, wylać olej i zobaczyć jak to właściwie wygląda i środku. Dotąd widziałem tylko zdjęcia bądź rysunki techniczne. To nie to samo co popatrzenie na te zadziwiająco połączone zębatki w ruchu.

Cała ta mechanika zrobiła na nas piorunujące wrażenie połączone z poczuciem pewnego mistycyzmu ponieważ żaden z nas nie był do końca pewien czy rozumie jak to właściwie działa.
Nie możesz odkręcić? Weź większy klucz!
Po zakończeniu, a właściwie chwilowemu przerwaniu zabawy z dyfrem, wzięliśmy się za rozkręcanie piast. Nie mieliśmy odpowiedniego narzędzia i Marek wybrał się do wujka. Po kilku minutach przyniósł ogromny klucz dynamometryczny z kompletem końcówek. Jeszcze tylko rurka do zablokowania z drugiej strony i do dzieła.

Niestety udało się odkręcić tylko jedną stronę. Druga została na potem bo właściwie skończyły nam się pomysły na to jak rozkręcić resztę piasty. Musimy zaciągnąć języka i ewentualnie zdobyć potrzebne narzędzia.
Kolejną naszą aktywnością okazało się sprawdzenie jak doprowadzić do tego aby obudowa dyferencjału wyglądała jak nowa, a nawet lepiej. Doszliśmy do wniosku, że da się to zrobić i mocno już zmęczeni wzięliśmy się za sprzątanie.
Mama!
Cały ten trwający ponad sześć godzin proces, obserwowała mama Marka. Należy się jej ogromne podziękowanie za pomoc jakiej nam nieustannie udzielała.
[...] jak to zabezpieczyć? ...,
.. czym to wytrzeć? ...,
.. chyba zakleimy to taśmą ...,
.. a jak to podeprzemy? [...]
Zawsze kiedy takie pytania zdradzały nasze potrzeby, pojawiała się mama z gotowym rozwiązaniem. Folia spożywcza, taśma klejąca, metry kwadratowe pościeli poświęcone na szmaty, doglądanie czy jeszcze nic sobie nie zrobiliśmy, to jej nieoceniony wkład, nie licząc już karmienia.
Dziękujemy mamie Marka!
Pojechaliśmy dziś rano po pierwsze graty do Lublina, ale od początku.
Podczas rozpoznawania tematu budowy locosta, wybraliśmy się do warsztatu Pana Walendy, który składa kitcary. Tam dowiedzieliśmy się, bardzo wielu rzeczy na temat budowy i organizacji całego przedsięwzięcia. Pewnie jeszcze wiele razy będziemy przytaczać stwierdzenia z tej wizyty.
"Gdybym znalazł mechanizm różnicowy ze Sierry 4x4, bez wahania zapłaciłbym nawet 1500zł"
To stwierdzenie Pana Walendy, który tłumaczył nam na co zwracać uwagę podczas poszukiwań tylnego mostu. Wzięliśmy sobie to do serca i znaleźliśmy aukcję z piękną czerwoną Sierrą 4x4.
Właściciel bardzo chciał sprzedać auto w całości, ale po skoordynowanej akcji bombardowania go telefonami, zgodził się wykręcić tylną belkę czyli rozebrać auto na części.
Na miejscu okazało się, że nie wiedział co naprawdę miał w garażu, a miał tylny dyferencjał z blokadą, i tak dostaliśmy to cudo za okrągłe 500zł. Czym prędzej załadowaliśmy całość do auta i w drogę... (zanim Pan zmieni zdanie..)
Kupienie całej belki tylnego zawieszenia gwarantuje, że mamy oprócz dyferencjału, odpowiednie półosie, piasty, zaciski, tarcze hamulcowe i co najważniejsze, wszystko jest w takiej konfiguracji w jakiej działało w samochodzie. Wystarczy teraz zapamiętać co, gdzie i jak poskręcane, aby potem odpowiednio całość poskładać.
O co chodzi z tą blokadą?
Dyferencjał w zwykłym Fordzie Sierra, jest tak zwanym układem otwartym co znaczy że jeżeli jedno koło na osi traci przyczepność, przenosi on cały moment obrotowy na to właśnie koło. W jeździe mającej dawać frajdę, nie jest to zjawisko pożądane ponieważ auto ma gorsze osiągi na przykład podczas pokonywania zakrętów. Rozwiązaniem skrajnym jest zablokowanie mechanizmu tak aby oba koła były zawsze napędzane równomiernie. Niestety ma ono też poważne wady bo auto dobrze prowadzi się tylko podczas jazdy na wprost. Nasz dyferencjał ma 30-to procentową blokadę, co znaczy, że tylko ten procent momentu obrotowego jest przenoszony na koło tracące przyczepność. Aby poznać z którą wersją mechanizmu mamy do czynienia, należy podnieść całą oś i zakręcić jednym kołem. Jeżeli drugie koło porusza się w przeciwnym kierunku niż koło napędzane, mamy mechanizm otwarty. Jeżeli jednak kręci się ono w tym samym kierunku, to dyferencjał ma blokadę.
Zaraz po powrocie, usunęliśmy zapieczone na tarczach zaciski hamulcowe aby pokręcić jedną stroną i zobaczyć jak druga kręci się w tym samym kierunku.
Rozkręcanie czas zacząć...
Postanowiliśmy wszystko rozmontować. Cele jakie nam przyświecają są trzy:
- uwolnienie części potrzebnych od niepotrzebnych w celu pozbycia się tych drugich
- wyczyszczenie, nasmarowanie, odmalowanie, odrestaurowanie wszystkich części potrzebnych tak, aby wyglądały lepiej niż nowe
- poznanie dokładnej budowy i zasad działania wszystkich elementów
Zaczęło się od wspomnianego już uwalniania obu osi w celu "pokręcenia sobie". Chęć zobaczenia na własne oczy, że dyferencjał ma blokadę stała się absolutnym priorytetem.
Zdjęliśmy więc pospiesznie zapieczone zaciski hamulcowe i śpiewając pod nosem różnego rodzaju radosne piosenki, kręciliśmy to osiami kół, to osią napędową wału korbowego.
[...] zobacz jak to sie fajnie kręci ...,
.. tu chyba jest jakiś luz ...,
.. hmmm ale taki mały luz jest chyba potrzebny [...]
Brzmiały komentarze przerywające radosne podśpiewywanie.
.. Marek, masz diaksa?
Właściwie bez chwili zawahania zaczęliśmy rozkręcić wszystko, tak aby uwolnić dyferencjał i półosie. Wykręcanie przewodów hamulcowych skutecznie utrudniały sztywne i grube linki hamulca ręcznego. Kilka prób z wykręcaniem, wypinaniem, wymontowywaniem sprężyn i pytanie:
"Marek, masz diaksa?"
W końcu i tak linki ręcznego będą nowe.
Kolejne wielkie śruby odkręcane jedna po drugiej a momentami nawet kilka jednocześnie. Cała belka zawieszenia okazała się być niemiłosiernie ciężka lecz przekładając ją kilkanaście razy z boku na bok, za każdym razem stwierdzaliśmy, że chyba staje się coraz lżejsza. Zdjęliśmy tarcze hamulcowe, które okazały się być w całkiem dobrym stanie i najprawdopodobniej zostaną przetoczone.
Niebieska śruba, Marek ma plan.
W celu uwolnienia dyferencjału należało rozkręcić praktycznie całe zawieszenie, wahacze, bardzo długie szpilki mocujące go do głównej belki itp... Marek wszystko dokładnie przemyślał i przedstawił plan. Wisien, odkręcamy tu, tam luzujemy bo ta śruba zawadza o to i wyciągamy wszystko razem. Ciężka robota z ogromnymi zapieczonymi i zardzewiałymi śrubami. Wykonywaliśmy ją w ciszy i skupieniu, posapując czasem radośnie "puściła", "no poszło"...
Konstruktorzy Forda zadbali o to by zawieszenie nie rozkręcało się samoistnie i każda wielka śruba zabezpieczona była niebieskim środkiem zapobiegającym odkręcaniu.
Chcę mieć z nią zdjęcie...
Wybijanie szpilek mocujących dyferencjał szło opornie. Próbowaliśmy wielu metod dorabiając przy tym kilka ciekawych narzędzi z gwoździ, śrub i kilku innych, znalezionych w garażu skarbów. Naprawiliśmy przy okazji zsuwający się z trzonka młotek i kiedy Marek pojawił się z wyglądającym na dziwny rodzaj młotka, bliżej niezidentyfikowanym czymś, ostatnia szpilka się poddała.
Półosie przykręcane są na sześć śrub z każdej strony. Odkręcają się nawet łatwo, pod warunkiem że nie mają zniszczonych łbów albo nie łamią się w nich klucze. Radości jaką dało nam odkręcenie pierwszej nie umiem opisać...
Nie widziałem jeszcze dyfra od środka.
Półosie odkręcone, wahacze wykręcone, dyfer wolny!
Tak bardzo cieszymy się z faktu iż udało się zdobyć mechanizm z blokadą, że każdy z nas na przemian przerywał pracę, podchodził do niego i pokręcał radośnie osią patrząc jak druga kręci się w tym samym kierunku.
Na pewno to oryginał. Długo nie wytrzymałem, Marek odkręcał półosie od piast, a ja postanowiłem otworzyć pokrywę, wylać olej i zobaczyć jak to właściwie wygląda i środku. Dotąd widziałem tylko zdjęcia bądź rysunki techniczne. To nie to samo co popatrzenie na te zadziwiająco połączone zębatki w ruchu.
Cała ta mechanika zrobiła na nas piorunujące wrażenie połączone z poczuciem pewnego mistycyzmu ponieważ żaden z nas nie był do końca pewien czy rozumie jak to właściwie działa.
Nie możesz odkręcić? Weź większy klucz!
Po zakończeniu, a właściwie chwilowemu przerwaniu zabawy z dyfrem, wzięliśmy się za rozkręcanie piast. Nie mieliśmy odpowiedniego narzędzia i Marek wybrał się do wujka. Po kilku minutach przyniósł ogromny klucz dynamometryczny z kompletem końcówek. Jeszcze tylko rurka do zablokowania z drugiej strony i do dzieła.
Niestety udało się odkręcić tylko jedną stronę. Druga została na potem bo właściwie skończyły nam się pomysły na to jak rozkręcić resztę piasty. Musimy zaciągnąć języka i ewentualnie zdobyć potrzebne narzędzia.
Kolejną naszą aktywnością okazało się sprawdzenie jak doprowadzić do tego aby obudowa dyferencjału wyglądała jak nowa, a nawet lepiej. Doszliśmy do wniosku, że da się to zrobić i mocno już zmęczeni wzięliśmy się za sprzątanie.
Mama!
Cały ten trwający ponad sześć godzin proces, obserwowała mama Marka. Należy się jej ogromne podziękowanie za pomoc jakiej nam nieustannie udzielała.
[...] jak to zabezpieczyć? ...,
.. czym to wytrzeć? ...,
.. chyba zakleimy to taśmą ...,
.. a jak to podeprzemy? [...]
Zawsze kiedy takie pytania zdradzały nasze potrzeby, pojawiała się mama z gotowym rozwiązaniem. Folia spożywcza, taśma klejąca, metry kwadratowe pościeli poświęcone na szmaty, doglądanie czy jeszcze nic sobie nie zrobiliśmy, to jej nieoceniony wkład, nie licząc już karmienia.
Dziękujemy mamie Marka!
Subskrybuj:
Posty (Atom)